|
środa, 29 października 2008
niedziela, 02 grudnia 2007
Uwagi na temat konfliktu Sikorski-Kaczyński
sobota - 1 grudnia 2007
Wciąż nie milkną komentarze na temat konfliktu między ministrem Radosławem Sikorskim, a prezydentem Lechem Kaczyńskim. Najpierw szef MSZ nie stawił się na konsultacje z urzędującym prezydentem, teraz prezydent zwleka z ustaleniem nowego terminu spotkania. Czy całego tego zamieszania dało się uniknąć? Być może… Z pewnością natomiast można było lepiej się postarać
Gdy przyglądam się opisywanej sytuacji, przychodzą mi na myśl czasy rządów PiS, kiedy to Platforma Obywatelska nieustannie skarżyła się, że partia rządząca unika konfrontacji, dyskusji i publicznej debaty, czym starała się m.in. odeprzeć zarzuty o bycie słabą opozycją. Teraz role się odwróciły, ale pewne złe zwyczaje znowu się pojawiają. Uważam, że zaproszenie, które wychodzi od głowy państwa jest rzeczą, której nie można zestawiać z innymi praktykami politycznymi, albowiem jest to rzecz niejako wyższej kategorii. Dziwię się, że PO zezwala na takie postępowanie jednego ze swoich sztandarowych ministrów. Dlaczego? Bo wkłada tym samym istotny argument w dłonie Lecha Kaczyńskiego w kwestii współpracy przy polityce zagranicznej. Uważam, że sprawa relacji rządu z prezydentem jest wyjątkowo drażliwa i obie strony powinny zachować względem siebie daleko idący szacunek i rozsądek. Oczekiwałem, że PO będzie w tym względzie wyjątkowo czujna, aby odeprzeć od siebie ewentualne zarzuty o złą współpracę z głową państwa.
Co można zrobić, aby w przyszłości uniknąć takich sytuacji? Kluczem jest właściwa komunikacja oraz znajomość jej reguł. Pozwolę sobie udzielić kilku wskazówek ministrowi Sikorskiemu i całemu obozowi PO. Tak – właśnie im, albowiem jestem zdania, że w procesie normalizacji stosunków politycznych z prezydentem odgrywają pierwszoplanową rolę.
Zasada 1. CZAS Udowodniono, że kiedy chcemy skołonić kogoś do wyświadczenia nam jakiejkolwiek przysługi powinniśmy wnioskować o nią jak najwcześniej, albowiem prośby lub informacje zgłaszane w ostatniej chwili są w większości przypadków źle przyjmowane i wywołują u drugiej strony szereg wątpliwości.
Zasada 2. DOBRY PRZYKŁAD Rząd powinien dawać „dobry przykład”, aby społeczeństwo czuło, że postępuje jak należy. Taki odbiór i ocena zachowań skłania drugą stronę do tego, by postąpić w podobny sposób. Jeśli społeczeństwo będzie widzieć w elicie rządzącej chęć dobrej i efektywnej współpracy z prezydentem, jeśli zacznie z tego tytułu wyrażać pochlebne opinie, to prezydent nie będzie chciał pozostać w tyle i skłoni go to z pewnością do przynajmniej zbliżonej postawy.
Zasada 3. REGUŁA WZAJEMNOŚCI Jak twierdzą socjologowie i antropologowie, reguła wzajemności jest jedną z najbardziej rozpowszechnionych reguł postępowania w znanych nam kulturach. Wymaga ona od człowieka, by za otrzymane od kogoś dobro odwdzięczył się w podobny sposób. Poczucie zobowiązania do przyszłego odwdzięczenia się pozwala ludziom na inicjowanie różnego rodzaju łańcuchów wymiany, transakcji i związków, które są ogólnie korzystne i dla nich, i dla społeczeństwa jako całości.
Jak się pewnie wszyscy domyślają, powyższe zasady to jedynie kropla w morzu tych, które wpływają na poprawność interpersonalnych relacji – warto jednak od czegoś zacząć. Specjalnie posiłkuję się tutaj przykładami najprostszych zasad, rodem z psychologii wywierania wpływu, aby uświadomić zainteresowanym, że wystarczy naprawdę niewielki wysiłek, aby zacząć budować szeroko rozumianą poprawność polityczną, a nam oszczędzić oglądania niechcianych przedstawień. Mam nadzieję, że ktoś z tych porad skorzysta. Polecam! To naprawdę działa! Bartosz bsocz@interia.pl
piątek, 10 sierpnia 2007
Wartość elit rządzących
Piątek – 10 sierpnia 2007
Witam serdecznie Wszystkich Czytelników! Jak mijają Wam wakacje? Mam nadzieję, że odpoczywacie w interesujących miejscach i humor Wam dopisuje. Jeżeli znacie jakieś interesujące zakątki w Polsce godne polecenia, to bardzo Was proszę o informacje w komentarzu. Zastanawiam się, gdzie wyskoczyć pod koniec sierpnia i liczę na Waszą pomoc. Zastanawialiście się kiedyś nad tym, czym są wartości? Jakie przychodzą Wam do głowy pierwsze skojarzenia? Być może są one takie: „to coś, co dobre”, „to rzecz, która ma dla mnie znaczenie”, „to zasady, którymi się kieruję” itp. Sądzę, że w każdej Waszej odpowiedzi jest ziarenko prawdy. Najczęściej przytaczana definicja wartości brzmi: „Wartości to idee, zjawiska, materialne i niematerialne przedmioty, stany, rzeczy, osoby, grupy itp., które są przez jednostkę, warstwę, grupę, klasę społeczna, instytucję itp. dodatnio lub ujemnie oceniane lub aprobowane czy odrzucane. Wartości stanowią jeden z głównych wyznaczników i celów ludzkiego działania". Zwróćcie uwagę, że mianem wartości określa się również zjawiska negatywne, a myślenie o wartościach wyłącznie w kategoriach pozytywnych jest czystym stereotypem i znacząco to zagadnienie uszczupla. Wszak dla jednych ludzi flaga narodowa jest wartością, podobnie, jak dla drugich jest nią jej spłonięcie, prawda? Mówiąc o wartościach wymienia się wiele ich rodzajów: absolutne, autoteliczne, ekonomiczne, estetyczne, etyczne, historyczne, instrumentalne, kulturowe, obiektywne, odczuwane, społeczne, subiektywne, uznawane. Celowo nie przytaczam ich charakterystyk, albowiem zachęcam do interesującego ćwiczenia intelektualnego. Spróbujcie sami zastanowić się nad tym, czym różnią się od siebie poszczególne rodzaje wartości i jakie podacie ich przykłady z własnego życia. Tematyka wartości często ostatnio przewija się w różnych sytuacjach, których jestem aktorem. Stąd moje bliższe zainteresowanie tym tematem, a i nie ukrywam, że co nieco na ten temat wiem. Mówiąc o wartościach w sensie kulturowym najczęściej mówimy o pewnych abstrakcyjnych pojęciach, hasłach, słowach, określających to, co społeczeństwo uważa za dobre, słuszne i pożądane. Chciałbym przenieść te rozważania na grunt sytuacji politycznej w naszym kraju. Wszyscy doskonale wiecie i obserwujecie, co się w nim dzieje, analizujecie to, wyrabiacie sobie opinię, czasami ją przy tym werbalizując. Niczym brazylijski serial śledziliśmy od kilku tygodnii losy koalicji – wyjątkowego na skalę światową fenomenu, który jest, a jakby go nie było. Twór, który istnieje z faktu, że żadna ze stron nie przyznaje się oficjalnie do jego zerwania, aczkolwiek twierdzi, że przestał istnieć. Czy Marcin Daniec wymyśliłby coś takiego w swoim skeczu? Śmiem wątpić! Janusz Kaczmarek, bez względu na to, czy słusznie, czy też nie oskarżany, z dnia na dzień zmienia swoje poglądy na elitę rządzącą. Nagle ogłasza fatalną kondycję prokuratury pod przewodnictwem ministra Zbigniewa Ziobro oraz popiera postulat Samoobrony na temat powołania sejmowej komisji śledczej, mającej wyjaśnić, co tak naprawdę działo się w ramach akcji CBA w ministerstwie rolnictwa. A premier z prezydentem nie mogą nawet odbyć urlopu…To tylko pierwsze z brzegu przykłady naszej politycznej codzienności, do której zaczynamy się niestety przyzwyczajać. Świat postrzega naszą politykę jak wybryk natury, a elity polityczne są w ich oczach „zmodyfikowane genetycznie”. Nie wiem, czy to dobre określenie, ale mam na myśli to, że zachowują się, jakby mieli w sobie tajemniczy składnik, który powoduje reakcje, jakich inni się kompletnie nie spodziewają. Stajemy się pośmiewiskiem dla innych narodów i przedstawiciele państw świata mają coraz mniejszą ochotę na bliskie kontakty z naszymi przywódcami. Bo też jaką wartość mają dla nich stosunki z naszymi przedstawicielami, kiedy obserwują to, co obserwują?! A jaką dla nas wartość ma to, co się dzieje? Polecam odpowiedź na to pytanie i swoją opinię zachowuję dla siebie.
Bartosz bsocz@interia.pl
piątek, 27 lipca 2007
Polityków do czytelnictwa zachęty
Piątek - 27 lipca 2007 Z przykrością stwierdzam, że ostatnimi czasy nawet szkolne lektury stały się elementem politycznej walki. W cieniu upadającej koalicji premier podważył proponowaną przez ministra Romana Giertycha listę lektur. Dopiero teraz bowiem Rada Ministrów doszła do wniosku, że nie wyobraża sobie kanonu bez Gombrowicza, czy Leśmiana. Może gdyby okoliczności tej decyzji były inne, to uwierzyłbym, że powody są tylko merytoryczne. Od samego początku, kiedy minister Giertych podjął temat szkolnych lektur, politycy polemizowali między sobą, który z autorów zakorzeni w umysłach młodych Polaków lepsze wartości. Co rusz kogoś z listy wyrzucano, a innego doń dopisywano. Niestety w całym tym medialnym szumie umknął posłom jeden fakt – nie zastanowili się nad tym, co zrobić, aby młodzież zachęcić do czytania samego w sobie, do czytanie w ogóle. Do głowy przychodzi mi w tym momencie cytat z jednej z książek na temat ludzkiej osobowości, mianowicie: „Wyjaśniać szczegóły zanim ktoś pojmie ogólną koncepcję, to jak układać puzzle, nie wiedząc, co ma być na obrazku”. Lista lektur stanowi wspomniane puzzle, zaś problem czytelnictwa wśród młodzieży, w moich oczach, jest owym niewidocznym dla naszych polityków obrazem. Za niezwykle ważny uważam wybór lektur, które młodzi ludzie mają analizować na lekcjach języka polskiego. Nie mniej istotny jednak jest dla mnie problem, co uczynić, aby młodzież do czytania zachęcić. W dobie postępującego lenistwa i cywilizacyjnej tendencji do upraszczania sobie życia, młodzi ludzie coraz częściej sięgają po opracowania i streszczenia lektur. Te z kolei bywają już na tyle szczegółowe, że co bystrzejszy uczeń jest w stanie na ich podstawie zaliczyć przedmiot, czy dział. Przykre, ale niestety prawdziwe. A zatem drodzy politycy, lista lektur swoją drogą, ale co w sytuacji, gdy młodzież czytać po prostu nie chce? Wówczas cała Wasza praca na nic! Byłbym wielce rad widząc, jak nasze elity rządzące zajmują się kwestią propagowania czytelnictwa i rozwiązują problem słabnącej pozycji książki w umysłach nastolatków. Obawiam się jednak, że bajkopisarstwo marszałka Dorna to trochę za mało. Bartosz bsocz@interia.pl
piątek, 13 lipca 2007
Strajk szkodzi lekarzom!
Piątek – 13 lipca 2007
Witam serdecznie Wszystkich Czytelników! Na samym początku dziękuję Kambuzeli za ciepłe słowa i garść życiowej mądrości – w moim przypadku występuje dokładnie takie myślenie i podejście. W dzisiejszym wpisie chciałbym krótko odnieść się do ważnego wydarzenia społeczno-politycznego ostatnich dni, jakim jest strajk lekrzy i pielęgniarek. Osobiście rozdzielam te dwa strajki z uwagi na mój do nich stosunek. Generalnie chodzi o to, że jestem przeciwnikiem zrównywania problemów tych grup zawodowych w oczach opinii publicznej i przedstawiania ich jako tożsamych i wspólnych. To kompletna bzdura! To, że obydwie reprezentują służbę zdrowia nie oznacza, że ich położenie jest takie samo. Stosunek do sytuacji w służbie zdrowia owszem, ale kwestie wynagrodzeń, czyli kluczowego postulatu strajkowego, są tutaj drastycznie odmienne. Chodzi mi to, że sytuacji lekarzy nie wolno porównywać z kondycją finansową pielęgniarek. Wszyscy wiemy, jak wielu lekarzy pracuje w sektorze prywatnym – posiadają swoje gabinety lub pracują w prywatnych klinikach, przychodniach. Pielęgniarki mają tutaj perspektywy dużo skromniejsze. Proszę wybaczyć mi ton mojej wypowiedzi, ale naprawdę nie zdarzyło mi się spotkać w moim życiu biednego lekarza, zaś pielęgniarek, które ledwo wiążą koniec z końcem znam bardzo wiele. To tylko jedna strona medalu. Druga dotyczy ciężaru pracy. Moje zdanie w tym temacie jest takie, że ciężar pracy pielęgniarki w niczym nie ustępuje pracy lekarza, a wielokrotnie jest to praca dużo cięższa – niedowiarków zapraszam do pierwszego z brzegu domu pomocy społecznej, hospicjum, czy też oddziału opieki długoterminowej. Nie chcę rozwlekać tego tematu – uważam po prostu, że opinia społeczna jest wprowadzana w błąd i nie uświadamia sobie tego, że sytuacja pielęgniarek jest dużo gorsza od sytuacji lekarzy. W związku z tym moje zdanie w temacie strajku jest następujące – w pełni popieram strajkujące pielęgniarki, natomiast postulaty dotyczące wynagrodzeń lekarzy uważam za przesadzone. Pozostając jeszcze przy temacie strajku, chciałbym spojrzeć na niego nieco od innej strony. Uważam, że bardzo zaszkodził on wizerunkowi lekarzy i pielęgniarek, ze wskazaniem na tych pierwszych. Przede wszystkim w grę wchodzi długi okres strajku, a wszyscy wiemy, że jego zakończenia póki co nie widać. Nie mówię tutaj o tzw. „białym miasteczku”, ale o całości działań komitetów strajkowych, które podejmowane są na terenie całego kraju. Strajk trwa już bardzo długo i liczba obywateli popierających go wyraźnie spada – chodzi oczywiście o to, że coraz więcej spośród nas bezpośrednio zaczyna odczuwać skutki strajku. Wobec tego obywatele czują się zaniedbani i pozostawieni sami sobie – lekarze zaś zaczynają być postrzegani, jako bezwzględni egoiści. W gronie bliskich mi osób rozgrywa się właśnie przypadek, w którym 3 miesięczne dziecko nie może zostać zoperowane na przepuklinę, z uwagi na fakt, że lekarze nie przeprowadzają operacji z powodu strajku. Pewien mądry specjalista od zarządzania, wizerunku i wywierania wpływu powiedział kiedyś: „Ludzi nie obchodzi, co wiesz, póki nie wiedzą, że Cię obchodzą”. Coraz bardziej widzę oddziaływanie tej złotej zasady w przypadku strajku lekarzy. Ludzie zaczynają czuć, że lekarzy nie obchodzi ich los, a wobec tego przestają ich interesować argumenty, postulaty i poglądy strajkujących. Miejmy nadzieję, że strony dojdą szybko do porozumienia, albowiem leży to przede wszystkim w interesie obywateli.
Bartosz bsocz@interia.pl
sobota, 30 czerwca 2007
Nowy Dom w moim życiu
Sobota – 30 czerwca 2007
Skromnie ostatnimi czasy wygląda mój blog, za co mogę winić wyłącznie siebie. Mam jednak nadzieję, że za kilka tygodni będę mógł napisać, że wróciłem do pisarskiej aktywności na solidnym poziomie. Przeprowadzam się Drodzy Czytelnicy, a że przeprowadzek potwornie nie znoszę, to humor u mnie wyjątkowo wisielczy. Po 6 latach stałej obecności w moim ukochanym Krakowie, przenoszę się niecałe 40 kilometrów poza to cudowne miejsce. Całe szczęście jednak, że Kraków, to także miejsce mojej pracy zawodowej, a zatem odwiedzał go będę niemal każdego dnia. Z tej okazji pozwolę sobie na chwilę osobistej refleksji i wspomnienie tego, czym były dla mnie te ostatnie lata pobytu w Krakowie… A jest co wspominać, bo były to najważniejsze lata w całym moim życiu. To właśnie w Krakowie studiowałem, poznałem przyjaciół i znajomych, zdobywałem doświadczenie zawodowe i uczyłem się życia przez duże „Ż”. Najważniejsze jest jednak to, od czego wypadało zacząć, że również w Krakowie poznałem swoją Narzeczoną, a wkrótce Żonę – Joasię. Zastanawiam się w tym momencie, czy Kraków oznacza dla mnie jakiekolwiek przykre wspomnienia i fakt, że takowych nie mogę sobie przypomnieć, świadczy albo o mojej krótkiej pamięci, albo o tym, że ilość pozytywnych wydarzeń bestialsko przytłacza te kilka gorszych chwil. Kraków zawsze oznaczał dla mnie możliwość życia z pasją, realizowania się na każdym polu – to także dał mi Kraków. Zaryzykuję stwierdzenie, że właśnie w Krakowie zbudowałem swój pierwszy własny dom – w sensie mentalnym oczywiście. Było to miejsce, w którym zawsze czułem się bezpiecznie, spokojnie i do którego zawsze pragnąłem wracać. Uświadomiłem to sobie, kiedy po raz pierwszy z moich ust wypowiedziałem słowo „dom” na określenie swojego krakowskiego lokum. Wcześniej słowem tym określałem wyłącznie swój dom rodzinny, który oczywiście kocham i który zawsze będzie tylko jeden. Nie potrafię opisać słowami tego, co czułem, kiedy po tych 6 latach musiałem spakować swoje rzeczy do kartonowych pudeł i wystawić je przed drzwi, po czym spędzić ostatnią noc w pustych ścianach, ze świadomością, że to ostatnia noc w moim krakowskim domu. Jednak nawet w takiej chwili Kraków zaszczycił mnie swoim spokojem i sprawił, że pogrążyłem się w błogim śnie. Poranek był bardzo dekadencki w moim wydaniu i czułem się potwornie przybity, że po raz kolejny kończy się w moim życiu coś pięknego. Najpierw skończyły się studia, a teraz pobyt w Krakowie. Ból, smutek i okropne poczucie upływającego czasu. Teraz, gdy piszę te słowa, siedzę już w swoim „nowym domu”. Domu, który przyjmuje mnie z otwartymi ramionami i zachęca do tego, by stworzyć w nim coś jeszcze piękniejszego, aniżeli to, czego doświadczyłem w Krakowie. Mimo całego smutku, jaki jest we mnie, jestem bardzo spokojny i szczęśliwy. Moje serce bowiem czuje i jest pewne tego, że rozpoczynam etap mojego życia, który będzie jeszcze ważniejszy i o stokroć piękniejszy, aniżeli ten, nad którym teraz wzdycham. Rozpoczynam bowiem budowę tego domu, z którego już nigdy nie przyjdzie mi odchodzić i budował go będę z osobą, którą kocham najmocniej na świecie i dla której zrobiłbym wszystko. To trudne zadanie, ale chcę mu sprostać i wiem, że mi się to uda. Trzymajcie za mnie kciuki i podobnie, jak ja – patrzcie na to, co przed Wami, a o tym, co już minęło nigdy nie zapominajcie.
Bartosz bsocz@interia.pl
niedziela, 17 czerwca 2007
Księga imion
Niedziela - 17 czerwca 2007
Jill Gregory, Karen Tintori „Księga imion”
Kabalistyczny thriller, wciągający od pierwszej do ostatniej strony, wartka akcja, wielość wątków i niesamowity klimat, niczym ze słynnej „Niebiańskiej przepowiedni” Jamesa Redfielda. Tak w jednym zdaniu można opisać tę niezwykłą powieść, o jakiej dawno marzyło wielu czytelników. „Księga imion” to barwna historia oparta na legendzie o trzydziestu sześciu sprawiedliwych – ludziach, dzięki którym Bóg pozwala na istnienie świata. Niestety przeciwko nim od wielu pokoleń występują tzw. gnozyci – przerażająca sekta, wierząca, że tylko koniec świata jest w stanie wyzwolić ich dusze z cielesnych kajdan. Bohaterem powieści jest profesor Dawid Shepherd, który z dnia na dzień, z typowego akademickiego wykładowcy staje się walczącym o losy świata i ludzkości. Niezwykły kontrast codziennych problemów z walką o egzystencję sprawia, że podczas lektury powieści nabieramy dystansu do tego, co nas otacza. Autorzy powieści serwują nam piękną podróż przez wiele miejsc świata. Poznajemy kulturę Izraela i panujące tam obyczaje. A wszystko to przyprawione wartką akcją, której nie powstydziłby się żaden mistrz suspensu. Gorąco polecam tę pozycję wszystkim, którzy pragną zapomnieć o świecie na kilka wieczorów – macie to gwarantowane. Przyznaję, że sam zabierałem się za nią z dużym dystansem, a po jej przeczytaniu polecałem ją bliskim w samych superlatywach. „Księga imion” jest książką wyjątkową spośród wydanych ostatnio na naszym rynku. Należy jednak pamiętać, że jest to przede wszystkim bardzo dobrze napisany thriller, a zatem trzeba się liczyć z solidną dawką emocji i strachu.
Bartosz bsocz@interia.pl
wtorek, 05 czerwca 2007
Precyzja "Zegarmistrza"
Wtorek - 5 czerwca 2007 Witam Wszystkich serdecznie! Załamałem się ostatnimi czasy stanem naszej polityki zagranicznej i postępowaniem minister Anny Fotygi. Postanowiłem nie pisać nic na jej temat, gdyż uważam, że najlepiej dla Polski byłoby, gdyby ta Pani nigdy nas nie reprezentowała. Nigdy i nigdzie! Jestem przerażony na myśl o tym, jak bardzo może ona jeszcze zepsuć wizerunek naszego państwa w oczach partnerów. Obym się mylił... Chcąc rozładować ogarniające mnie napięcie w związku z działaniami polskiego MSZ, oddałem się ostatnimi czasy odprężającej lekturze świeżych na naszym rynku kryminałów. W związku z tym postanowiłem zrecenzować dla relaksu kilka pozycji. Dziś pierwsza z nich, a mianowicie "Zegarmistrz" Jefferey'a Deavera.
Jeffery Deaver to już uznana pisarska marka – również na polskim rynku wydawniczym. Miłośnicy powieści kryminalnych z uznaniem wspominają „Kolekcjonera kości”, w którym to po raz pierwszy spotkaliśmy się z bardzo wyrazistą dwójką detektywów – Lincolnem Rhyme’m i Amelią Sachs. „Zegarmistrz” to kolejna wspólna przygoda czytelnika i pary lubianych detektywów, wydana w 10 lat po wspomnianym debiucie. Głównym wątkiem powieści jest seria tajemniczych morderstw, na miejscu których zabójca pozostawia zabytkowe zegary, a na jednym z nich zagadkową wiadomość:
„Zimny Księżyc stoi w pełni,
Czyż nie jest to interesujący początek historii? Później niestety jest nieco gorzej, albowiem tempo akcji spada i fabuła delikatnie mówiąc „wlecze się”. Jest to o tyle niebezpieczne, że część czytelników po tak atrakcyjnym początku oczekuje jeszcze większego napięcia i dreszczyku emocji, a tego po prostu nie ma. Wytrwali miłośnicy kryminału dostają jednak od autora nagrodę, w postaci fenomenalnej drugiej połowy powieści, w której akcja nabiera tempa, wątki splatają się w intrygujący sposób i bohaterowie „zaczynają działać”. Na drugim planie pojawia się bardzo interesująca postać, która podobno ma być główną bohaterką kolejnych powieści Deaver’a. Mowa tu o Kathryn Dance – ekspertce od kinezyki, czyli analizy prawdziwości zeznań świadków na podstawie ich mowy ciała oraz komunikatów werbalnych. Dołącza ona do głównych bohaterów i w wydatny sposób przyczynia się do rozwoju śledztwa. Postać ta niezwykle ubogaca całą historię i dodaje jej pikanterii. Jeffery Deaver finiszuje w „Zegarmistrzu” w stylu, jaki nie sposób porównać z żadnym innym autorem. Tylko wytrwany i skupiony czytelnik zdoła poskładać prezentowaną przezeń układankę w jedną całość i poczuć to, co jak sądzę, autor chciał, byśmy poczuli. Jestem pewien, że znajdą się wśród czytelników osoby, które po przeczytaniu tej książki stwierdzą, że autor przesadził i przekombinował zakończenie. Równie pewien jestem, że inni jeszcze przez wiele wieczorów ocierać będą pot z czoła i wracać do przebiegu wydarzeń opisanych przez autora. Osobiście zaliczam się do tej drugiej kategorii i uważam konfigurację opisanych wydarzeń za pisarski kunszt Deavera. Polecam tę książkę nie tylko fanom Lincolna Rhyme’a. Warto, by przeczytał ją każdy, kogo pociągają intrygujące zakończenia, w których sztuką jest nadążyć za procesem myślowym głównych bohaterów. Satysfakcja gwarantowana! Bartosz bsocz@interia.pl
czwartek, 24 maja 2007
Kryszak rules!
Czwartek – 24 maja 2007
Tak się miło złożyło, że w dniu wczorajszym miałem przyjemność gościć na koncercie Lady Pank w Krakowie, który to koncert był połączony z kabaretowym show Jerzego Kryszaka. Zarówno zespół, jak i Jurek Kryszak są nadal w wyśmienitej formie i potrafią zapewnić publiczności niesamowitą porcję wrażeń. Skąd ten temat? Ano stąd, że nie pamiętam kiedy ostatnio mogłem się tak zdystansować do polityki i najzwyczajniej w świecie pośmiać z tego, co dzieje się na Wiejskiej. Jurek był niesamowity i publiczność przez 45 minut pękała ze śmiechu, mając łzy w oczach. Swoje show zaczął od parodii konferencji prasowej marszałka Ludwika Dorna, udając którego na wszystkie pytania odpowiadał: „Proszę spytać rzecznika”, albo „To nie do mnie pytanie” z charakterystyczną intonacją głosu. Dostało się także premierowi za to, że biedaczek nie ma konta, a pieniądze wydziela mu mama. Kryszak zauważył także w rządzie tendencję zniżkową, jeżeli chodzi o wzrost reprezentujących nas polityków. Za Mellera przyszła Fotyga, za Sikorskiego Szczygło, za Dorna ministra Kaczmarek, a za Dorna wicepremiera Gosiewski. Tylko Roman trzyma poziom! Słowo rzekło się także o liczebności partii Marka Jurka - 5 osób razem z Markiem, a z Jurkiem to 6. Na koniec zaś zaprezentował publiczności błyskotliwe porównanie Jolanty Kwaśniewskiej z obecną pierwszą damą Marią Kaczyńską, tłumacząc, że za tą drugą stoi pełna naturalność, zaś za pierwszą liczne operacje plastyczne. Gorąco polecam Wszystkim wieczór kabaretowy z Jurkiem Kryszakiem, który jak nikt z obecnej sceny kabaretowej w naszym kraju potrafi z gracją poruszać się po meandrach polskiej polityki i przedstawiać ją od tej śmiesznej strony. Ja zrywałem boki i śmiałem się do łez, a to co zobaczyłem, w niniejszym blogu Wam przedstawiłem.
Bartosz bsocz@interia.pl
czwartek, 10 maja 2007
Premier się nie żeni!
Czwartek – 10 kwietnia 2007
W dzisiejszym „Super Expressie” mogliśmy przeczytać sensacyjną wiadomość, jakoby w lipcu miał się ożenić jaśnie nam panujący premier Jarosław Kaczyński. Wybranką jego serca miała zostać wiceszefowa klubu parlamentarnego PiS Jolanta Szczypińska. Informacja, jak przystało na taki rarytas, rozniosła się błyskawicznie i odbiła szerokim echem. W tramwaju doświadczyłem nawet sytuacji, w której dwie dorosłe kobiety dyskutowały, w jakiej sukience potencjalna panna młoda pójdzie do ołtarza. Niestety, ku uciesze kochających plotki i premiera Polaków, posłanka Szczypińska zdementowała informacje o jej rzekomym ślubie z liderem PiS. Także i słynny już pierścionek na jej palcu nie okazał się podarkiem od Jarosława Kaczyńskiego. I po co tyle krzyku? Chciałbym Wam uświadomić, Drodzy Czytelnicy, że takie wyssane z palca spekulacje mogą okazać się brzemienne w skutkach. Dokładnie tak! To, że dzisiaj są one wyłącznie plotkami nie pozostaje bez wpływu na przyszły bieg wydarzeń. Socjologii i innym naukom społecznym znane jest pojęcie tzw. „samospełniającego się proroctwa” lub „samorealizującej się przepowiedni”, która to koncepcja pochodzi od wybitnego amerykańskiego socjologa Roberta Mertona. Do jej głównych założeń należy m.in. zjawisko polegające na tym, że poglądy, opinie, przekonania, oczekiwania jeśli są wyrażane, utrwalane i głoszone, wpływają na nasze i innych postępowanie, przez co mogą się urzeczywistnić. Co ważne, zasada ta działa niezależnie od jednostki i ma charakter dla niej nieświadomy. W przypadku, o którym tutaj dyskutujemy, a nie są to pierwsze doniesienia na temat pozytywnych fluidów na linii Kaczyński – Szczypińska, możliwy jest więc scenariusz zgodny z linią socjologicznej teorii. Kto wie, czy nasz premier nie utwierdza się powoli w przekonaniu, że posłanka Szczypińska to wyborny materiał na żonę. Na pewno te i inne doniesienia odciskają swoje piętno – mniejsze lub większe. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że jeżeli kiedyś wspomniany ślub okaże się faktem, to za jego przyczynę uznamy wyłącznie miłość.
Bartosz bsocz@interia.pl
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
Kryminał z Blidą w tle
Poniedziałek – 30 kwietnia 2007
Celowo do dziś dnia nie zabierałem głosu w sprawie śmierci Barbary Blidy, gdyż byłem niezmiernie ciekaw kolejnych pojawiających się w tej sprawie faktów. Najogólniej rzecz ujmując sprawa śmierci byłej minister jest w mojej opinii co najmniej „dziwna”. Od samego początku tej sprawy docierają do nas rozmaite, sprzeczne ze sobą zeznania, opinie, komentarze. Najpierw nie wiadomo było ile padło strzałów, potem, skąd Blida wyciągnęła broń, a na końcu, gdzie w ogóle się znajdowała w chwili śmierci – w łazience, czy też może w sąsiadującym z nią pomieszczeniu. W konsekwencji nie mogliśmy usłyszeć jasnego i klarownego stanowiska ministra Zbigniewa Wassermanna, który nabrał wody w usta. Dzisiaj jako pewnik jest nam przedstawiane to, że Blida popełniła samobójstwo, co miała potwierdzić sekcja zwłok i m.in. proch na jej dłoniach. Jestem zagorzałych czytelnikiem powieści kryminalnych i od samego początku sprawy śmierci Barbary Blidy miałem nieodparte wrażenie, że rzeczywistość pisze kolejną taką historię. Ironia polega tutaj na tym, że szereg niedomówień, sprzecznych zeznań, padających ze strony ABW, prokuratury oraz kilku ministrów naprawdę przypomina scenariusz mrocznego thrillera! Daleki jestem od budowania na tej tragedii kolejnego rozdziału spiskowej teorii dziejów, jednakże chciałbym poznać całą prawdę i ujrzeć działania, które nas do niej przybliżą. Konkluzją niechaj będzie moje pełne poparcie dla projektu Platformy Obywatelskiej, dotyczącego powołania sejmowej komisji śledczej w tej sprawie. Myślę, że w obliczu powyższych okoliczności jest to nad wyraz wskazane.
Bartosz bsocz@interia.pl
środa, 18 kwietnia 2007
Mamy EURO 2012!!!
Środa – 18 kwietnia 2007
Udało się!!! Zwyciężyli Ci, którzy najbardziej wierzyli, a ja i inni umiarkowani optymiści bijemy się w pierś, że nasza wiara w zwycięstwo Polski nie była całkowita. Przyznaję, że łzy napłynęły mi do oczu, gdy ogłaszano werdykt UEFA. Moja radość jest w tym momencie tego rodzaju uczuciem, którego nikt nie podjąłby się wyrazić w słowach i podejrzewam, że to samo czują wszyscy Polscy Kibice. Kochani udało nam się!!! Za 5 lat spotkamy się na wspaniałych stadionach i będziemy dopingować „Naszych”. Jestem pewien, że swoją szansę wykorzystamy, albowiem sport od zawsze był tym, co jednoczy Polaków. Choć wszyscy mamy swoich faworytów, ulubione kluby i drużyny, to biało-czerwone barwy są nam wszystkim wspólne i w tym nasza siła. Z całego serca dziękuję każdemu, kto przyczynił się do tego ogólnonarodowego sukcesu. Jestem dumny z osób, które nas reprezentowały i które włożyły całe serce w wygraną naszej kandydatury. Dla takich chwil warto żyć!!!
Bartosz bsocz@interia.pl EURO 2012 - tuż przed wyborem...
Środa – 18 kwietnia 2007
Wreszcie doczekaliśmy się tego dnia, kiedy wszystko stanie się jasne i będziemy mogli spać spokojnie. Każdy z nas wiele by dał, aby poznać już teraz decyzję elektorów UEFA, którzy to za kilka godzin dokonają wyboru gospodarze EURO 2012. Jednak jeszcze przynajmniej przez kilka najbliższych godzin musimy uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieję, że to nasza wraz z Ukrainą kandydatura okaże się to najlepszą. Spekulacje w polskich i zagranicznych mediach nie mają końca i do ostatnich godzin przed głosowaniem jesteśmy zasypywani coraz to nowymi doniesieniami zza kulis. Przyznaję szczerze i otwarcie, że byłoby to dla mnie ogromne zaskoczenie, gdybyśmy wygrali tę batalię. Serce głęboko wierzy i nadzieja tej wiary stale dodaje, jednakże merytoryka przemawia na naszą niekorzyść i to powoduje, że jestem tylko umiarkowanym optymistą w tej materii. Póki co jednak liczę na cud i naszą wygraną, gdyż ani Włosi, ani Węgrzy, czy Chorwaci nie pragną tej decyzji tak bardzo, jak my – Polacy. Polacy, którzy za swoimi sportowcami udają się na krańce świata i dopingują, jak żaden inny naród na świecie. Tym, co bardzo mnie cieszy w obliczu dzisiejszej decyzji UEFA jest fakt, że czekam na nią spokojny, iż zrobiliśmy niemalże wszystko, co w naszej mocy, aby wygrać walkę o EURO 2012. Ucieszyłem się widząc na naszej prezentacji obydwu prezydentów, Leo Beenhakkera i inne znaczące osobistości, co jest najlepszym w oczach UEFA dowodem na to, że do sprawy podchodzimy poważnie. Świadomość ta jest dla mnie istotna i pozwoli mi przyjąć każdą decyzję. Oby tę, o której tak bardzo marzymy… bsocz@interia.pl
czwartek, 05 kwietnia 2007
Życzenia świąteczne
Czwartek - 5 kwietnia 2007 Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych pragnę złożyć serdeczne życzenia dla wszystkich Sympatyków bloga "Polityczne i nie tylko komentarze". Niech ten piękny i wyjątkowy czas upłynie Wam w duchu zadumy nad Chrystusem Zmartwychwstałym, zaś rodzinna i ciepła atmosfera będzie pięknym dopełnieniem tychże chwil. Wesołego Alleluja! Bartosz bsocz@interia.pl
środa, 04 kwietnia 2007
Pomysł na Kurskiego
Środa – 4 kwietnia 2007
Nienawidzę bezmyślności i lekkomyślności. Cechy te, w mojej opinii, poniżają człowieka i należy robić wszystko, aby je w sobie niwelować. Są one bowiem czynnikami sprawczymi ludzkiej głupoty, a ta niestety bywa zaraźliwa i lubi się pogłębiać. Radość zapanowała w moim sercu wielka, gdy warszawski sąd okręgowy wydał wyrok w sprawie pomówień autorstwa Jacka Kurskiego pod adresem Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej. Zmieszać człowieka z błotem można w ciągu kilku sekund, natomiast walka zabłoconego człowieka o oczyszczenie z kłamliwego szlamu trwa znacznie dłużej. Dlatego też kara dla głoszącego oszczerstwa człowieka winna być surowa i wysoka. Nie czarujmy się, że te 15 tysięcy, które sąd kazał wpłacić posłowi Kurskiemu na rzecz Caritas Polska to właśnie taka kara. Ważniejsze są tutaj same przeprosiny i fakt, że Donald Tusk po męsku poprowadził tę batalię do końca. Niech opinia publiczna dowie się, że pan Kurski kłamał i jego hipotezy były wyssane z palca. Osobiście zainspirowałbym sąd do kary bardziej wymownej, jak na przykład rozwieszanie przez posła Kurskiego billboardów Platformy Obywatelskiej po całej Warszawie przez okres jednego miesiąca. To byłaby interesująca kara, nieprawdaż? Może to dobry pomysł, aby głupie zachowania karać równie głupio i tym samym uświadamiać nasze elity polityczne, jak bolesna jest to przypadłość. Hmm… Pomyślmy… Leszek Miller grający mecz z koszulką o numerze „0”, podczas gdy jego rywalem byłby Zbigniew Ziobro. Józef Oleksy jako bohater nowej edycji programu “Wybacz mi”. Andrzej Lepper w drugoplanowej roli policyjnego eksperta od DNA. Anita Błochowiak mogłaby zaś odbyć staż w biurze znanego architekta wnętrz. Pomysły możnaby mnożyć… Na zakończenie raz jeszcze podzielę się z Czytelnikami satysfakcją, jaką odczuwam z decyzji sądu w sprawie posła Jacka Kurskiego. Jestem gorącym zwolennikiem tego, aby wszelakie kłamstwa i pomówienia były piętnowane i karane – żałuję tylko, że droga do tego musi być długa i kręta, przez co wielu pomówionych zniechęca się do podejmowania jakiejkolwiek walki. Mam nadzieję, że przykład Donalda Tuska przekona każdego, że warto do końca bronić swego dobrego imienia.
Bartosz bsocz@interia.pl
piątek, 23 marca 2007
Język Oleksego
Piątek – 23 marca 2007
Sprawa nagranych rozmów Józefa Oleksego z Aleksandrem Gudzowatym jest bez wątpienia najgłośniejszym wydarzeniem ostatnich dni. Postrzegam ją jako kolejny przykład na postępującą brutalizację polskiej polityki. Nie ma w niej prawdziwych drużyn, zjednoczonych zespołów, a jedynie zbitki jednostek, które w każdej chwili mogą za plecami obmówić swoich „przyjaciół politycznych”. Osobiście uważam, że zjawisko „politycznych przyjaciół”, jak wyraził się Aleksander Kwaśniewski, nie istnieje. W polityce, podobnie jak w biznesie, na przyjaźń nie ma miejsca. Partnerstwo, współpraca, wspólna wizja owszem, ale przyjaźń to za dużo powiedziane. Zresztą co to za przyjaźń, gdy jeden o drugim wyraża się w języku Józefa Oleksego. Czytając doniesienia na temat wypowiedzi byłego premiera, nieodparcie nasunęły mi się na myśl słowa Jacka Żakowskiego, który opisując styl, w jakim prowadzi „Poranek w Radiu Tok FM” mówi: „Specjalnych ograniczeń sobie narzucam…Czasami co najwyżej ograniczam się leksykalnie i zamiast nazwać kogoś idiotą, powiem mu, że jest nieroztropny.”. Wiele bym dał, aby nasi politycy i ich „przyjaciele” wzięli sobie do serca słowa tego wybitnego dziennikarza i zasadę leksykalnego ograniczania się zastosowali w praktyce.
Bartosz bsocz@interia.pl
czwartek, 15 marca 2007
Thriller idealny!
Czwartek – 15 marca 2007
Na samym początku winien jestem przeprosiny wszystkim Czytelnikom bloga za czasowe jego wymarcie i brak wpisów. Chcąc się wytłumaczyć i zadośćuczynić zawiedzionym pozwolę sobie na drobne osobiste wyznanie. Uwielbiam książki z gatunku thrillera, horroru, kryminału oraz wszelkie połączenia tych gatunków. Lubuję się w literaturze suspensu, która powoduje, że zwyczajny szary wieczór w domowym fotelu zamienia się w pasjonującą przygodę z dreszczykiem, która angażuje mnie emocjonalnie i intelektualnie. Myli się ten, kto sądzi, że powieści z tejże półki są banalne, proste i stworzone dla ludzi, których cechuje lekkie odchylenie od normy. Bo i po co ktoś miałby czytać o duchach, czy seryjnych mordercach, skoro wokół tyle pięknej literatury? Nic bardziej mylnego… Dobrze i sprawnie napisany thriller, który czytelnik przeżywa z każdą stroną silniej, który wciąga go w akcję lepiej, aniżeli jakikolwiek film to uczta dla umysłu i intelektu. I nie ma się czego bać, albowiem nie ma nic bardziej przerażającego od rzeczywistości i żadna fikcja nie dorówna w swej grozie temu, co nas otacza – cytując jednego z moich ulubionych autorów. Przez ostatnie dni byłem pochłonięty lekturą wspaniałej i nie dającej się opisać w słowach pierwszej części trylogii francuskiego pisarza Maxime’a Chattama pt. „Otchłań zła”. Ten młody autor, okrzyknięty „złotym chłopcem” wśród mistrzów suspensu jest prawdziwym objawieniem talentu. To cudowne uczucie, że po latach pasjonowania się gatunkiem thrillera i setkach przeczytanych książek pojawia się ktoś, kto od pierwszych stron swego dzieła udowadnia mi, że potrafi zaskoczyć mnie dosłownie wszystkim. Każdy element fabuły, styl pisania, klimat powieści, jej prolog i zakończenie są fantastyczne i wytrawne. Jak to zwykł mawiać Alfred Hitchcock: „Najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie”. To chyba naprawdę recepta na wyjątkową powieść. Chattam to pisarz wyjątkowy, stworzony do gatunku, w którym się lubuje i niesamowicie wprost ten gatunek odświeżający i nadający mu zupełnie nowy wymiar. Poprzeczka poszła znowu do góry i chylę czoła przed tym 30 letnim autorem za jego wkład do istoty gatunku. Zazwyczaj, kiedy czytamy dobry kryminał, albo thriller towarzyszą nam liczne pytania. Co kryje się za tajemnicą, którą usiłuje rozwikłać główny bohater? Kto stoi za przerażającymi wydarzeniami? Jak potoczy się bieg wydarzeń? Uwierzcie mi Moi Drodzy, że można napisać powieść, przy lekturze której nie będziecie mieć na to czasu, ani chęci, bo jej akcja wciągnie Was bez reszty i zaangażuje wszystkie Wasze emocje. To właśnie robi Chattam i to w stylu iście mistrzowskim. Analizy, przemyślenia i prezentacja wydarzeń sprawia, że nie jesteśmy w stanie wymyślić innych scenariuszy, aniżeli te, które autor nam przedstawia. Bohater i jego rozum stają się naszym – myślimy tak samo, w tym samym momencie jesteśmy w kropce i w tym samym odkrywamy podobne rzeczy. Jest to zjawisko, które nie łatwo jest osiągnąć z czytelnikiem mojego pokroju, który zjadł zęby na większości przedstawicieli gatunku. Francuskiemu „mistrzowi suspensu” to się udało i wciągnął mnie na tyle swoją historią, że w to słoneczne popołudnie staję do raportu przed czytelnikami bloga i obnażam swoje uczucia po lekturze jego powieści. Gorąco polecam!!!
Bartosz bsocz@interia.pl
piątek, 02 marca 2007
Antyprzykład DZIWISZA
Piątek – 2 marca 2007
W dzisiejszym komentarzu chciałbym powrócić do premiery książki księdza Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego pt. „Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej”. Niezwykle poruszyła mnie bowiem konferencja prasowa w siedzibie wydawnictwa Znak z udziałem księdza i ekspertów historycznych – recenzentów. Słowa księdza Tadeusza – niezwykle szczere i głębokie – przypominające to, co spotkało jego osobę przez ostatnie półtora roku po raz kolejny mnie poruszyły. Od samego początku byłem wstrząśnięty traktowaniem księdza i stosunkiem archidiecezji krakowskiej do jego osoby. Kardynał Dziwisz i jego środowisko udowodniło, jak bardzo Kościół w Polsce jest zamknięty na prawdę i trudne dla siebie tematy. Autor książki odbijał się niczym piłka od słupka, kiedy bił na alarm w kwestii współpracy duchownych z SB. Sam powiedział, że o słynnych już i rozgrzebanych przez media przypadkach abpa Stanisława Wielgusa i abpa Juliusza Paetza informował hierarchów kościelnych na wiele miesięcy przed ich ujawnieniem w mediach, licząc, że Kościół właściwie zareaguje i uniknie kompromitacji. Jak się potoczyło – wszyscy wiemy. Nie boję się tutaj użyć słowa kompromitacja, albowiem sprawa abpa Wielgusa i jego słynne „mijanie się z prawdą” były po prostu ciosami poniżej pasa dla wiernych polskiego Kościoła. Kardynał Dziwisz nie chciał czytać maszynopisu książki księdza Isakowicza - Zaleskiego i równie niechętnie podchodzi do samego faktu zmierzenia się z już wydaną pozycją. Czy takiego zachowania oczekujemy od głowy krakowskiego Kościoła? Co to za postawa? Wolę nie wiedzieć… Jak o czymś nie wiem, to tego nie ma… O kłopotliwych tematach nie dyskutuję… Proszę wybaczyć, ale w świetle takiego postępowania wielu ludzi zaczyna wierzyć w spekulacje włoskiej prasy, dotyczące tego, jakoby kardynał Stanisław Dziwisz cechował się wyjątkową gorliwością w ukrywaniu tematów negatywnych dla Kościoła. Czy trud i wielomiesięczna mozolna praca badawcza księdza Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego nie zasługuje na to, aby przynajmniej zapoznać się z wnioskami, do których doszedł? Nie wspominając już, że mówimy cały czas o Kościele krakowskim, na którego czele stoi obecnie kardynał Dziwisz! To tak, jakby premier odrzucał ważne i istotne informacje na temat swoich współpracowników w rządzie, albo twierdził, że historia polskiego parlamentaryzmu to dla niego mało istotny pikuś. Nie takiej postawy oczekiwałem i osoba księdza Dziwisz straciła wiele w moich oczach. Gratuluję księdzu Tadeuszowi wyjątkowej książki i obiektywizmu, jaki zachował na każdym etapie prac nad nią. Dziękuję za odwagę, którą się wykazał i liczę, że w ślad za nim pójdą inni księża. I nie chodzi tutaj o współpracę z SB, ale o to, by przedstawiciele Kościoła dali nam przykład, że nawet najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa i ukrywania się za kotarą pozoru.
Bartosz bsocz@interia.pl
niedziela, 25 lutego 2007
Wielgus Gate cd.
Sobota – 24 lutego 2007
Powraca sprawa abpa Wielgusa, o czym czytamy w dzisiejszym artykule na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej”. Treści w nim przedstawiane nie powinny nikogo dziwić – mam tutaj na myśli postawę Stolicy Apostolskiej. Każdej akcji towarzyszy reakcja – ta zasada sprawdza się nie tylko w fizyce. Tak długo, jak ksiądz Wielgus będzie rozgrzebywał sprawę swojej współpracy z SB, tak długo będą znajdować się osoby, chcące dostarczać opinii publicznej nowych faktów go dyskredytujących. Łatwo jest odpowiedzieć sobie na pytanie, czy takiego przebiegu wydarzeń chce Watykan. To właśnie jest w moim przekonaniu główny powód, dla którego Stolica Apostolska wyraźnie sugeruje, że arcybiskup Wielgus powinien wycofać wniosek o autolustrację i wyjechać z Warszawy. Watykan po prostu chce wyciszyć echa wydarzeń z niedoszłego ingresu i schować za kurtynę księdza Wielgusa, który osłabił wizerunek księdza w oczach wiernych polskiego Kościoła. Niestety sam hierarcha nie wydaje się być tymi prośbami poruszony i zainteresowany. Reakcją na jego wniosek o autolustrację był komunikat prezesa IPN Janusza Kurtyki o odnalezieniu nowych dokumentów w sprawie współpracy arcybiskupa z bezpieką. Modelowy przykład zasady opisanej powyżej, czy też zwyczajny zbieg okoliczności? Postawa księdza Wielgusa budzi niepokój Watykanu i jest to zrozumiałe. Kompromitacja, której stał się aktorem odbiła się szerokim echem i wywołała dyskusję na tak bardzo przez Stolicę Apostolską niepożądany temat, jak lustracja w Kościele. Wydawało się więc, że ta przykra dla polskiego Kościoła sprawa nie będzie już nagłaśniana, a tymczasem czekają nas kolejne odsłony „Wielgus Gate”. Nie wypada nie wspomnieć o inicjatywie referendum w sprawie budowy obwodnicy na obszarze Doliny Rospudy. Sprytny z pozoru fortel premiera jest próbą zrzucenia odpowiedzialności z rządu na społeczność lokalną Podlasia. Problem w tym, że z punktu widzenia prawa referendum w żaden sposób nie uchroni nas od wielomilionowych kar ze strony Komisji Europejskiej. Banalne jest również określenie wyniku referendum, jeżeli obejmie ono wyłącznie mieszkańców województwa podlaskiego. Nie od dziś wiadomo jest, że są oni zwolennikami budowy i w referendum wypowiedzą się pozytywnie. Z mojego punktu widzenia inicjatywa ta jest bezsensowna, bez względu na jej lokalny, czy ogólnopolski charakter, albowiem zniszczenie Doliny Rospudy będzie katastrofalne – zarówno z ekologicznego, jak i czysto ekonomicznego interesu. Po raz kolejny wyrażam swój najgłębszy niepokój i ubolewanie, że nasze władze nie liczą się z opinią Unii Europejskiej, której zdanie jest przecież kluczowe, z uwagi na nasze w niej członkostwo. Nadzieja umiera ostatnia, dlatego wciąż ją mam w kwestii resztek zdrowego rozsądku naszych władz.
Bartosz bsocz@interia.pl
czwartek, 22 lutego 2007
R jak Rospuda, R jak Rosja
Czwartek – 22 lutego 2007
Z uwagą śledzę bieg wydarzeń związany z Doliną Rospudy i mającą powstać na jej terenie obwodnicą Augustowa. Rozumiem argumenty obu stron, tyle że jedna z nich wydaje się znacząco przesadzać. Ekolodzy – normalne – stoją na straży przyrody i nie chcą dopuścić do zniszczenia kolejnego jej tworu. Zwolennicy budowy obwodnicy tłumaczą swą postawę tym, że mają dosyć kanonady tirów jeżdżącej po lokalnych drogach. Podobno jednak jest koncepcja wybudowania tej drogi w innym miejscu, by wilk był syty i owca cała. A zatem o co chodzi? Dlaczego jeżeli jest alternatywa po raz kolejny narażamy się na gromy ze strony Komisji Europejskiej i wielomilionowe kary? Boleję nad tym, że znowu ukazujemy się całej UE jako kraj działający wbrew wszelkiej logice i mający gdzieś kontrargumenty drugiej strony. Biada nam, jeśli ta droga powstanie – przyroda przyjmie to z milczeniem, ale Komisja Europejska i Trybunał Sprawiedliwości już nie. Sporo ostatnio interesujących sporów w świecie polskiej polityki. Czy Aneta Krawczyk jest „zboczona do potęgi”, a Lech Kaczyński to dureń? Pierwsze udowodnić musi Andrzej Lepper, zaś drugie Lech Wałęsa. Nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć procesową argumentację na rzecz tych dwóch hipotez. A może dorzucimy kilka innych kontrowersyjnych spraw, jakie należałoby wyjaśnić. Czy Jarosław Kaczyński vel „Jednoręki Tygrys” pokonałby w walce wręcz Władimira Putina? Ile peronów do końca kadencji załatwi jeszcze Przemysław Gosiewski? Czy Roman Giertych wprowadzi do Sejmu mundurki? Jak mawia moja przyjaciółka – „odkąd widziałam człowieka jedzącego błoto – nic mnie już nie zdziwi”. Te słowa niech posłużą za mój komentarz do czekających nas procesów dowodowych. Dowiedzieliśmy się dzisiaj, że Rosja złożyła już pismo do Komisji Europejskiej w sprawie rozmów na temat eksportu polskiego mięsa i produktów roślinnych. Teoretycznie miałyby się one rozpocząć w połowie marca, gdyż wtedy ma zakończyć się kontrola rosyjskich ekspertów w Polsce. Nie raduję się specjalnie z tej wiadomości, albowiem spodziewam się jeszcze odbijania piłeczki pomiędzy Rosją a UE i Polską. Może gdybym sądził, że w tej „polskiej sprawie”, jak mawiają Rosjanie, nie ma podtekstów politycznych, inaczej spojrzałbym na tę wiadomość. Prawda jest jednak taka, że już nie chodzi tylko o nasze weto, ale i o sprawę tarczy antyrakietowej. Podejrzewam, że embargo zostanie prędzej czy później zniesione, aby stan zawieszenia w negocjacjach UE-Rosja mógł się zakończyć. To będzie jednak tylko dobra mina do złej gry, albowiem dopiero nam się dostanie za kooperację z Waszyngtonem. Ekonomia zaś jest tą dziedziną, w której Rosja najłatwiej da nam w kość, ale za to z bolesnym skutkiem.
Bartosz bsocz@interia.pl
wtorek, 20 lutego 2007
Dzikie dzieci
Wtorek - 20 lutego 2007 W połowie stycznia świat obiegła sensacyjna informacja o odnalezieniu kobiety, która zaginęła jako dziecko 19 lat temu w kambodżańskiej dżungli. Złapano ją, gdy wyszła z dżungli na pole, by pożywić się ziarnami ryżu. Wówczas to wpadła w pułapkę zastawioną przez miejscowych wieśniaków. Według opisu świadków była naga, brudna, miała czerwone oczy, zaś jej ruchy przypominały bardziej ruchy małpy niż człowieka. 27-letnia kobieta nie mówi, ani też nie porusza się w pozycji wyprostowanej. Została rozpoznana jako zaginiona w 1988 roku dziewczynka - Rochom P'ngieng dzięki bliźnie na ręce. Ustalono, że dziecko, wysłane, by pasło bawoły na skraju dżungli, zaginęło bez wieści w okręgu Oyadao w kambodżańskiej północno-wschodniej prowincji Rattanakiri. Znaleziono ją mniej więcej w tym samym rejonie. "Jej widok był przerażający - wyglądała jak obciągnięty skórą szkielet, była naga, zachowywała się jak małpa, a oczy miała czerwone jak tygrys. Ale to przecież moje dziecko" - powiedział ojciec zaginionej Sal Lou z kambodżańskiej mniejszości etnicznej Pnong. Mimo opieki rodziców i brata kobieta nie wypowiedziała jeszcze ani jednego słowa – nadal jest wystraszona i nie pojmuje realiów sytuacji, w której się znalazła. Powyższy opis brzmi, jak scenariusz filmu fantastycznego i zapewne wiele osób przyjęło te doniesienia z przymrużeniem oka. A jednak podobne przypadki znane są badaczom od setek lat. „Dzikie dzieci”, „ludzie dzicy” lub obiektywnie „przypadki życia poza społeczeństwem” były szeroko opisywane w kronikach historycznych, socjologicznych opisach oraz w naukowej literaturze antropologicznej, psychologicznej i socjologicznej. W 1341 roku myśliwi schwytali chłopca, który uciekał przed nimi na czworakach razem ze stadem wilków. Od miejsca jego schwytania nazwano go w ówczesnych kronikach „Chłopcem Heskim”. Mimo podejmowanych prób przystosowania chłopca do życia w środowisku ludzi i panującej kultury, zmarł on wkrótce po odnalezieniu. Kolejne znane przypadki to „Chłopiec Islandzki” znaleziony wśród owiec oraz „Chłopcy Litewscy” znalezieni w drugiej połowie XVI wieku wśród niedźwiedzi. Wszyscy oni mieli rysy podobne do zwierząt, wśród których przebywali. Ten pierwszy beczał jak owca, zaś drudzy sypiali zwinięci w kłębek oraz jadali surowe jarzyny i mięso. Z kolei Klemens z Overdyke za swoje środowisko miał świnie, przez co nauczył się m.in. jeść trawę, chodzić na czworakach i pić mleko prosto od krowy – w dosłownym tego słowa znaczeniu! Jean de Liège, „Dziki z Aveyron”, Piotr z Hanoweru, czy „Dziki z Kronsztadu” to kolejne w historii przypadki, kiedy ludzie odizolowani od społeczeństwa zachowywali się jak zwierzęta, zaś próby ich wychowania i socjalizacji nie przynosiły znaczących rezultatów. Istnieją również historie tego typu z czasów współczesnych, jak chociażby słynna sprawa Kaspra Hausera, urodzonego w 1812 roku na Węgrzech, który z powodu tego, że był więziony, przez 16 lat nie widział ludzkiej twarzy, nawet oblicza tego, który go dokarmiał. Nie trudno zgadnąć, iż chłopiec kompletnie nie był świadom kulturowych reguł obyczajowych, ani norm panujących w społeczeństwie. Obca była mu ludzka mowa, gesty i środowisko innych osób. W 1938 roku w Stanach Zjednoczonych znaleziono dwie dziewczynki, Annę i Izabelę, które to obydwie pochodziły ze związków pozamałżeńskich i były trzymane przez ojców matek w odosobnieniu, choć Izabelę odizolowano razem z głuchoniemą matką. Anna chowana była na poddaszu budynku farmerskiego, zaś Izabela w ciemnym pomieszczeniu. Dziewczynki miały około 6 lat, gdy je odnaleziono. Nie potrafiły mówić, chodzić, były apatyczne, obojętne na otoczenie, brudne i zaniedbane. Nie rozumiały żadnych poleceń, zaś w stosunku do ludzi były nieufne i lękliwe. Anna umarła na żółtaczkę po czterech latach od chwili znalezienia. Udało jej się nauczyć zaledwie kilku słów i opanować kilka podstawowych czynności. Izabela miała więcej szczęścia i z pomocą lekarzy oraz psychologów po mniej więcej dwóch latach osiągnęła poziom rozwoju umysłowego i psychicznego dziecka w jej wieku. Poszła nawet do szkoły. Do dziś dnia nie wyjaśniono, co zadecydowało o lepszych rezultatach przywracania do życia społecznego Izabeli. Znana jest także historia dziecka o imieniu Genie, która znalazła się w odosobnieniu, gdy miała 2 lata, zaś odnaleziono ją w wieku lat 13. Jej również nie udało się osiągnąć poziomu rozwoju innych dzieci w jej wieku, tak jak udało się to Izabeli. Jak widać zatem przypadek 27-letniej Rochom P'ngieng sprzed kilku tygodni nie jest ani pierwszym z tego gatunku, ani też nie różni się od wcześniejszych. Wypływają z niego także podobne wnioski. Od ponad dwóch wieków świat nauki spiera się o to, czy tożsamość jednostki i jej zachowania są zdeterminowane przez geny, czy przez środowisko społeczne i doświadczenia, jakie jednostka w nim przechodzi. Koncepcja socjologiczna głosi, że człowiek przychodzi na świat jako potencjalna istota społeczna, zaś pełnię swego człowieczeństwa zyskuje dopiero żyjąc w społeczeństwie. Po urodzeniu jesteśmy zależni od innych ludzi, którzy zaspokajają nasze podstawowe potrzeby biologiczne. Jednostka dojrzała jest wypadkową szeregu procesów interakcji międzyludzkiej, w których to staje się świadomym członkiem społeczeństwa. Wychowanie i socjalizacją są dwoma sprawczymi dla tego efektu procesami. Opisane powyżej przypadki dzieci żyjących poza społeczeństwem dowodzą, że poglądy tzw. „instynktywistów”, którzy twierdzą, że zachowania ludzi są powodowane działającymi nań instynktami nie są wystarczającym wyjaśnieniem ludzkiego fenomenu. W każdym przypadku dzieci zatrzymały się w rozwoju na poziomie zwierząt, w środowisku których funkcjonowały. O jaźni, samoświadomości, społecznej wyobraźni, czy zwyczajnych ludzkich doświadczeniach rodziny i innych grup społecznych nie mogło być w ich przypadku mowy. Były one zdane same na siebie i pozostawione własnemu losowi. Nie miały okazji dowiedzieć się niczego więcej poza tym, czego dane im było osobiście doświadczyć. Świat mowy, języka pisanego, symboli i przekazywanych za ich pomocą treści był dla „dzikich dzieci” niedostępny. Żyjąc poza rodziną, rówieśnikami, narodem, czy państwem nie jesteśmy w stanie rozwinąć się do poziomu istoty społecznej. Także ludzka osobowość pozostaje w takich wypadkach nieodkryta. W obliczu wydarzeń w Kambodży stajemy ponownie przed dowodami na to, że człowiek jest istotą społeczną. Nie można osiągnąć celów wyższych bez życia społecznego. Aby się rozwijać - moralnie, fizycznie, intelektualnie - jednostka musi żyć społecznie. Po raz kolejny stanęliśmy także przed faktem indywidualnej ludzkiej biografii, która w dramatyczny sposób potwierdza te ontologiczne zasady. Bartosz bsocz@interia.pl
niedziela, 18 lutego 2007
Brawo Bartoszewski!!!
Niedziela – 18 lutego 2007
Jestem pod wielkim wrażeniem wykładu profesora Władysława Bartoszewskiego, jakiego miałem okazję wysłuchać dzisiaj w TVN 24. Szczególnie poruszyły mnie wypowiedzi tego zacnego Polaka na temat stanu naszej polityki zagranicznej oraz sygnałów, jakie wobec tego napływają do niego ze strony naszych sąsiadów i nie tylko. Wykład profesora Bartoszewskiego niesamowicie wręcz koreluje z moimi przemyśleniami oraz opiniami, które docierają do mojej osoby ze strony ludzi, z którymi mam przyjemność dyskutować. Rzecz tyczy się oczywiście polityki zagranicznej rządu polskiego. Nasze społeczeństwo ma tendencje do ciągłego narzekania i krytykowania – w wielu sferach, co potwierdzają chociażby badania socjologiczne. Czy u władzy lewica, czy u władzy prawica – krytykujemy. I nie wynika to bynajmniej wyłącznie z różnic politycznych, albowiem krytykuje także elektorat rządzącej partii. Coraz częściej jednak spotykam się z opiniami, których nie da się już zaklasyfikować w ramach typowej krytyki. Chodzi mianowicie o to, że ludziom jest po prostu wstyd za sposób, w jaki rząd prowadzi politykę zagraniczną i reprezentuje nas na arenie międzynarodowej. Przed takimi wypowiedziami spierałbym się najpierw o to, czy w ogóle „uprawia” i czy w ogóle „reprezentuje”. W każdym bądź razie faktem jest, że z niejednych ust słyszałem już podobne słowa. Wstyd, to coś dużo gorszego, aniżeli krytyka. Ta ostatnia może być bowiem konstruktywna i wówczas jest jak najbardziej wskazana i potrzebna. W przypadku wstydu zaś mowa jest już wyłącznie o skrajnym rozgoryczeniu i rozczarowaniu. Takie właśnie emocje towarzyszą coraz większej części społeczeństwa jeżeli idzie o nasze działania międzynarodowe, bądź ich brak. Przyznaję, że przeraża mnie pycha i zacietrzewienie ludzi, którzy reprezentują Polskę na światowych salonach. Bracia Kaczyńscy coraz częściej i śmielej potwierdzają słowa Lecha Wałęsy, że potrafią wyłącznie niszczyć i rujnować, a o budowie jakichkolwiek relacji i stosunków mowy nie ma. Profesor Bartoszewski mówił, że nie tylko ze strony niemieckiej pytają go, o co Polsce i jej władzom chodzi, gdyż działań, jakie podejmują nikt nie jest w stanie sobie racjonalnie wytłumaczyć, a tym samym i reakcja nie może być rzeczowa. Mam dokładnie to samo uczucie i przepełnia mnie ono coraz głębiej. Jest mi wstyd, że na międzynarodowych konferencjach w Monachium i Davos nie reprezentuje nas znaczący rangą polityk, a ktoś z dalszego szeregu. Jest mi wstyd, kiedy pan Kuchciński straszy Putina kontuzjowanym, jednorękim premierem polskiego rządu. Zapadam się pod ziemię, gdy prezydent wypowiada się w kwestii bzdurnej karykatury swojej osoby w niemieckiej bulwarówce. To tylko kilka przykładów wyjątkowo nierozsądnych działań, które jednak dobrze oddają wydźwięk omawianych zagadnień. Nasza polityka zagraniczna wydaje się być niemym filmem, nie ma w niej dialogu, komunikacji, a o bliższych nieformalnych kontaktach w ogóle grzechem jest wspominać. W mojej ocenie nigdy jeszcze nie była ona tak nieudolna i nieefektywna, jak jest obecnie. Boję się negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej, albowiem rządzący patrzą na nią bardziej jako na okazję do zrobienia pstryczka w nos Władimirowi Putinowi, aniżeli na szansę do twardych negocjacji i zapewnienia Polsce szeregu korzyści.
Bartosz bsocz@interia.pl
środa, 07 lutego 2007
Dorna pożegnanie z MSWiA
Środa – 7 lutego 2007
Nie ma chyba w Polsce osoby, której nie zaskoczyłaby dzisiejsza dymisja Ludwika Dorna ze stanowiska ministra spraw wewnętrznych i administracji. Każdy zadaje sobie teraz pytanie o powody złożenia przezeń dymisji. Po pierwsze skoro premier dymisję przyjął, to znakiem, że w grę wchodzi coś naprawdę poważnego. Wicepremier Dorn mówi tutaj o „działaniach, które uważa za obciążone błędami”, za które to nie chciał wziąć na swoje barki odpowiedzialności. Wyraźnie podkreśla swoje odmienne zdanie w kwestii zadania, jakie zlecił mu premier Jarosław Kaczyński, które to zadanie uznał za niewykonalne. Po drugie Ludwik Dorn pozostał w rządzie i premier nie usunął go z funkcji wicepremiera. Oznaczać to może, że po części rozumie obawy Dorna i sam jest świadom, że oczekuje czegoś, co być może wydaje się innym nierealne. Czyżby kolejna rewolucja pod szyldem IV RP? Zastanawiam się, co premiera tak bardzo rozdrażniło w resorcie, że głową zapłacił za to jego ulubieniec. Afera z wojewodą mazowieckim, która podważyła skuteczność prześwietlenia tej grupy rządzącej przed wicepremiera Dorna? A może kolejna już po Wieś Mac’ach afera w policji? Przekonamy się obserwując działania nowego ministra i śledząc, w co będą wymierzone. Osobiście stawiam na służby mundurowe i policję. Loteria następców trwa i co kwadrans podawane są nowe nazwiska. Zaczęto od Jana Rokity, któremu rzekomo premier złożył propozycję objęcia resortu, ale ten miał kategorycznie odmówić. Później wymieniono Janusza Kaczmarka, obecnego prokuratora krajowego. Obecnie mówi się już o Zbigniewie Wassermannie, koordynatorze służb specjalnych. Media podają, że nazwisko nowego szefa MSWiA ma być ogłoszone bardzo szybko – być może już podczas ceremonii wręczenia nominacji nowemu ministrowi obrony, Aleksandrowi Szczygle.
Bartosz bsocz@interia.pl
wtorek, 06 lutego 2007
Małysz znów na szczycie!
Wtorek – 6 lutego 2007
Szczerze i otwarcie piszę, że nie mam ochoty komentować dymisji Radosława Sikorskiego i chyba każdy, kto czytał mój poprzedni wpis wie, jakie miałem i mam w tej sprawie zdanie. Stało się bardzo źle i Polska straciła kolejnego profesjonalistę – a grono takowych jest w szeregach rządzącej koalicji niezwykle szczupłe i ubogie. Dla odmiany chciałbym skrobnąć dwa słowa na wyjątkowy dla mnie temat, a raczej o wyjątkowej dla mnie osobie – Adamie Małyszu. Nie potrafię opisać radości, jaka jest w moim sercu, gdy widzę, że nasz bohater znowu odzyskał „błysk” i wrócił instynkt skakania, który kilka lat temu pozwalał mu przeskakiwać rywali, wiatr i wszelkie inne przeszkody. Wróciła moc, odrosły skrzydła, a psychika naszego mistrza stała się jeszcze bardziej wytrzymała. Kiedy oglądałem konkursy w Oberstdorfie byłem pewien, że forma Adama jest już bardzo wysoka i że jego skoki są powtarzalne. Po tym, jak nie wygrał niedzielnego konkursu wiedziałem, że w tym momencie chodzi już tylko o to, co dzieje się w jego głowie. Teraz, po dwóch wygranych konkursach w Neustadt powróciła do Adama mistrzowska pewność siebie i stabilność, która pozwala mu skupić się wyłącznie na skakaniu, gdyż wie, że nic nie pokrzyżuje mu drogi do wygranej. I to jest właśnie to piękne połączenie, którym zachwyca mnie Adam. Po prostu widzę i czuję, jak bardzo napędza on sam siebie i jak bardzo każde kolejne podium dodaje mu mocy. Po raz kolejny dał temu wyraz dzisiaj, kiedy z dużą przewagą wygrał obydwie serie treningowe, a następnie kwalifikacje, bijąc z marszu rekord skoczni. To jest ta powtarzalność, którą wszyscy kochamy. Przed skokiem Adama prowadzi inny skoczek z dużą odległością na swoim koncie. Skacze Adam…I choćby nie wiem jak daleki był skok prowadzącego w konkursie, Adaś skacze dalej niż on. Każdy się dziwi, że dało się dalej! A właśnie dało się i to on dał radę – nasz Adaś! Jestem pewien, że Hannu Lepistoe odegrał szczególną rolę w procesie powrotu Adasia do wielkiego skakania. Ba! Gdyby nie stracone lata z Kuttinem, Adaś prawdopodobnie nie zszedłby poniżej najwyższego poziomu. Cieszę się, że nasi reprezentanci mają wreszcie trenera, który dobrze rokuje. Tylko ślepy nie widzi, że wreszcie coś zaczyna się dziać w środowisku pozostałych skoczków. Kamil Stoch skacze coraz lepiej i wreszcie widać u niego stabilność. Piotr Żyła daje znać o sobie i coraz częściej oglądamy w jego wykonaniu świetne skoki. Mam nadzieję, że proces ten będzie trwał. Cieszmy się zatem, że Adaś wrócił na szczyt i wspierajmy go, aby był na nim jak najdłużej. Gdyby stało się jednak inaczej będziemy z nim jeszcze silniej. I to jest właśnie piękne!
Bartosz bsocz@interia.pl
niedziela, 04 lutego 2007
W obronie ministra Sikorskiego
Niedziela – 4 lutego 2007 Wydaje mi się jednak, że mimo licznie obserwowanych kryzysów na linii Rokita-Tusk, pozostanie tego pierwszego w partii może okazać się długoterminowe i trwałe. Wewnętrzne konflikty dotyczące celów lub interesów, jeżeli tylko nie są sprzeczne z podstawowymi założeniami, na których opiera się współpraca liderów partii, są zazwyczaj funkcjonalne. Stwarzają bowiem możliwość skorygowania stosunków społecznych pomiędzy członkami partii w oparciu o wzajemne roszczenia i interesy. Każdy konflikt wskazuje na odrzucenie poprzedniego układu między stronami i zarazem doprowadza do nowej równowagi w stosunkach między nimi. Donald Tusk wykazuje póki co postawę tolerującą konflikt, dlatego też w tym wypadku można mówić o jego funkcjonalnym obliczu. Istotne jest również, że konflikty w PO ujawniają się, a nie kumulują, co niweluje ich szkodliwość, ale oczywiście nie wyklucza. Zaniepokoiły mnie doniesienia „NEWSWEEKA” o możliwej utracie stanowiska przez ministra Radosława Sikorskiego, co miałoby być następstwem jego konfliktu z Antonim Macierewiczem, a także domniemanej krytyki braci Kaczyńskich, na czele z odmiennym podejściem do negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej. Jeżeli te przypuszczenia okażą się faktem, a ręczy za to na swym blogu Ryszard Czarnecki z Samoobrony, to ową sytuację będzie można dopisać do szeregu bezmyślnych i kompletnie nieuzasadnionych działań, o jakich pisze w ostatnim numerze „Polityki” Jacek Żakowski. Nie potrafię znaleźć obiektywnych przyczyn, dla których minister Sikorski miałby przestać pełnić swoją funkcję, ani też dlaczego to jego właśnie miałby pozbyć się premier i prezydent, a nie na przykład Macierewicza. W mojej opinii szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego jest osobą wysoce kontrowersyjną, natomiast Radosław Sikorski wydaje się być politykiem trzeźwo myślącym, rozsądnym i stroniącym od wszelakich skrótów myślowych. W dobie aktualnych wydarzeń, szczególnie tych związanych z obronnością naszego kraju, osoba ministra Sikorskiego jest jak mało kto na właściwym stołku i we właściwym czasie. Jestem zwolennikiem wykorzystania jego amerykańskich kontaktów i doświadczeń w toku negocjacji na temat tarczy antyrakietowej – nie wnikając w moje zdanie na temat jej sensowności. Stałoby się bardzo niedobrze, gdyby kluczowe osoby w państwie przedłożyły personalne zatargi nad umiejętności i doświadczenie ministra. Liczę na rozsądek i chłodny bilans zysków i strat w tej sprawie. bsocz@interia.pl |
O autorze
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||